Niewysłany list

Niewysłany list

Trzy lata temu nie myślałam o tym, że życie może nam zgotować takie piekło.
Wiedziałam, że jesteś uzależniony od wielu lat – to prawda, ale naiwnie myślałam, że skoro jesteśmy szczęśliwi, to nigdy więcej nie będziesz chciał po to sięgać.

Myliłam się, albo bardziej oszukiwałam. Po moich studiach, musiałam zapaść chyba na amnezję, żeby zapomnieć o powadze tej choroby. O tym, że jest jak garb (?), który nie znika do końca życia.

Niestety żyjemy w takich czasach, że mimo nielegalności narkotyków są one wszędzie. Tak samo jak problemy. Jak szarość życia. Jak codzienność, która często nuży. Jak nasza nieidealność, która sprawia, że nie radząc sobie z emocjami, problemami padamy. Gubimy się. Każdy może upaść. Ale osoby takie jak Ty mają trudniej. W głowie masz zakodowane „pseudo rozwiązanie” na to wszystko. Ucieczkę, z której powrót jest o wiele dłuższy niż jednodniowy kac. Minione doświadczenia, ośrodki, terapie, grupy wsparcia, wspomnienia nie pomogły, gdy fala problemów ogarnęła nasze życie. Przez małą szczelinę wpełzną do Twojej głowy edenowski wąż, kusząc rozwiązaniem wszystkich problemów. Poległeś.

Podróż do ponownej trzeźwości trwała 5 miesięcy i prowadziła Cię przez samo piekło.
Ja stąpałam krok po kroku za Tobą, w myślach trzymając Cię za rękę.
Nie było łatwo. Straciliśmy wszystko. Ty straciłeś pracę, a zaraz za tym, wszystkie rzeczy materialne, których dorobiliśmy się razem.
Ale to nie było ważne. Najgorsze jest patrzeć, jak człowiek, którego się kocha zostaje obdarty z całej moralności. Uzwierzęca się. Traci człowieczeństwo. W imię czego?

Co mówili ludzie, znajomi? Żebym Cię zostawiła. Że z Tobą nie będę miała żadnej przyszłości. To ciężkie życie. Ciężki przypadek. Uzależniony od tylu lat…
A ja słuchałam tego, co mówili i myślałam sobie, że to chyba nie tak powinna wyglądać miłość. Że nie ucieka się tylko dlatego, że pojawiają się jakieś problemy.
Że to choroba jak każda inna, a nie opuszcza się przecież ukochanej osoby w chorobie.”W zdrowiu i chorobie” – przecież tak to powinno wyglądać.

Długo nie zauważałam tego, że sama też mam problem. Za bardzo zajęta byłam Tobą. Aż pewnego dnia dotarło do mnie – jestem osobą współuzależnioną.
Moja życie skupiało się na jednym pytaniu: wziął już dziś czy jeszcze nie wziął?
Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Znajomi, rodzina – odeszli na drugi plan. Byłam zresztą jak duch. Niby obecna ale myślami zawsze gdzie indziej – przy Tobie.
Problemy ze snem, koszmary, myśli samobójcze stały się dla mnie codziennością. Czułam się nieporadna, zagubiona jak dziecko. Przerażona tym, że nie umiem
Ci pomóc. Były dni, że nie jadłam. Zresztą nie mieliśmy często w tym czasie pieniędzy, więc nawet nie było co jeść.
Tylko ja zarabiałam. Ty nie miałeś nic, a mimo wszystko nadal zadłużałeś się po to, żeby brać. A ja popadałam w długi, żeby nas utrzymać, nakarmić Cię, ubrać. Zapewnić wszystko czego potrzebujesz. Naiwnie myślałam, że takie pozory normalnego życia pomogą Ci przestać brać. Teraz wiem, że dawałam Ci jedynie komfort brania. Stwarzałam idealne warunki dla Twojego uzależnienia? Miałeś gdzie mieszkać, gdzie spać, co jeść, więc po co miałbyś przestać?

Najgorsze było to, jak zmieniłeś się względem mnie. Przemoc fizyczna nie boli tak, jak ból zadany słowami. Te rany zostają na dłużej. Zniszczyły osobę, którą byłam. Długo nie lubiłam patrzeć w lustro…

Szukałam pomocy. Przekonałam się, że tak naprawdę tylko osoby mające podobne doświadczenia do moich mogą w jakikolwiek sposób mi pomóc. Albo po prostu mnie wesprzeć, bo w tych całych zawirowaniach tylko tego mi było trzeba. Osoby, która usiądzie i mnie wysłucha, bez zadawania pytań, „co dalej”? Bo na to pytanie nie znałam odpowiedzi. Życie a formułki na terapii to dwie różne sprawy.

Były dni, że miałam dość. Chciałam, żebyś zniknął z mojego życia. Ale wracałeś karmiąc mnie nadzieją, że tym razem zakończenie będzie inne.
Każdą Twoją porażkę przeżywałam jak własną. Za każdym razem coraz boleśniej. Stawałam się coraz słabsza. Puszczały mi nerwy.

Bóg? Błagałam go o pomoc. Płakałam, krzyczałam. Nie słyszał mnie. Tak myślałam. Teraz wiem, że musiałam przejść tą pokrętną drogę, by nauczyć się twardej miłości.

W tym dniu, gdy podczas kolejnej awantury patrzyłam na Ciebie, wiedziałam, że jest tylko jedno rozwiązanie tej chorej sytuacji, w której utknęliśmy. Liczyłam, że tym Tobą wstrząsnę.

Teraz mija kolejny miesiąc Twojej trzeźwości. Dla Ciebie to ogromna walka. Dla mnie każdy Twój dzień bez dragów, to kolejny powód, by móc Ci ponownie zaufać.
Zaczynasz wszystko od nowa. Po kilku miesiącach rauszu jesteś jak dziecko, które stawia pierwsze kroki na zielonej trawie.
Pragnienie trzeźwości działa na Ciebie jak kroplówka z serotoniną.
Moje rany goją się wolniej, ale też powoli staję na nogi. Paradoksalnie właśnie dzięki Tobie i Twojej pomocy.

Wiem teraz, że bycie z Tobą, to życie również z Twoją chorobą. Nie możemy stawiać jej na piedestale, ale nie powinniśmy o niej zapominać, ponieważ będąc razem jesteśmy za siebie współodpowiedzialni.

Godzę się z Bogiem. Myślę, że nie bez powodu zgotował nam taki los. Nie bez powodu postawił mi Ciebie na mojej drodze i vice versa. Tą lekcję zapamiętam na długo i mimo wszystko jestem za nią wdzięczna. Myślę, że właśnie Twoja choroba otworzyła nam oczy – jesteśmy w stanie więcej zobaczyć, więcej docenić na tym świecie. Wszystko w naszych rękach…